Adrianna
O tym, że nasza córka urodzi się ciężko chora, dowiedzieliśmy się jeszcze w czasie ciąży. Kolejne konsultacje potwierdziły najgorszą diagnozę: atrezję płucną z tetralogią Fallota. W 13. dniu życia Ada przeszła pierwszą operację serca. W wieku 9 miesięcy trafiła na planową kontrolę do szpitala, która z powodu licznych infekcji przedłużyła się do półtora miesiąca. Po stabilizacji stanu zdrowia lekarze zdecydowali o wykonaniu całkowitej korekty serca. Podczas trwającej 10 godzin operacji Ada przeszła zawał mięśnia sercowego. Na oddziale intensywnej terapii doszło do dwukrotnego zatrzymania krążenia. W jego wyniku córka doznała udaru mózgu oraz uszkodzenia płuca i musiała przejść kolejną operację. Lekarze nie dawali jej szans na przeżycie. Trafiliśmy pod opiekę hospicjum. W Polsce wyczerpano możliwości dalszego leczenia operacyjnego. Nadzieję przyniosła zgoda na leczenie w ośrodku Stanford w USA.
Kwota za życie naszego dziecka opiewała na miliony złotych, ale jej uzbieranie było możlwe dzięki Darczyńcom i Fundacji Polsat.
NASZ ROK W STANACH ZJEDNOCZONYCH
W lutym 2025 roku, dzięki ludziom o wielkich sercach, przeżywaliśmy wspaniały czas – dowiedzieliśmy się, że polecimy ratować naszą córeczkę do Stanów Zjednoczonych. Nie mogliśmy uwierzyć, jak szybko zapełniał się pasek zbiórki i jak wielu z Was stanęło obok nas w tej nierównej walce. Przestaliśmy martwić się o finanse, a całą energię skupiliśmy na przygotowaniach do lotu i leczenia.
W marcu okazało się, że los wystawia nas na kolejną próbę. Z powodu infekcji wszystkie zaplanowane zabiegi musiały zostać przesunięte. Czekaliśmy na badanie kontrolne i cewnikowanie serca, po których lekarze mieli wyznaczyć termin operacji.
Serce okazało się za słabe. Co miesiąc mieliśmy kontrole i leczenie. To były dodatkowe koszty.
Cewnikowanie miało dać odpowiedź na pytanie czy zostaniemy, czy wrócimy. Podjęliśmy decyzję, by to właśnie w Stanach podleczono nam serce do czasu operacji. Chcieliśmy zostać u specjalistów, którzy mieli Adę operować. Dawało nam to duży komfort i spokój, bo lekarze byli na bieżąco z jej stanem zdrowia i reakcja na wszelkie zmiany była natychmiastowa.
Od marca do września same badania kosztowały blisko milion złotych.
Ada jednak, mimo choroby i stresu, dzielnie znosiła pobyt w USA – odzyskiwała apetyt, uśmiechała się, chciała spacerować i poznawać świat.




Po drodze pojawiła się infekcja i niepokojące zmiany w płucach, dlatego Adusia trafiła pod opiekę pulmonologa. Na szczęście lewe płuco niemal w pełni odzyskało sprawność, a stan zapalny został wykluczony. Córeczka przeszła szereg specjalistycznych badań w sedacji – laryngologicznych, pulmonologicznych i stomatologicznych. Wyleczono ząbki, wykonano bronchoskopię i płukanie oskrzelowo-pęcherzykowe.

8 sierpnia przeżyliśmy jednak chwile prawdziwego strachu – doszło do krwotoku z górnych dróg oddechowych i Ada trafiła na intensywną terapię. Dopiero po wielu badaniach udało się znaleźć źródło krwawienia i opanować sytuację. Znowu czekaliśmy – zmęczeni, ale pełni wiary, prosząc Was o modlitwę i ciepłe myśli.

We wrześniu nadzieja mieszała się z bezsilnością. Termin operacji został wyznaczony na 25 września, ale los po raz kolejny kazał nam czekać. Ada znów się rozchorowała i zamiast zabiegu przyszło kolejne odroczenie. To był bardzo trudny moment – świadomość, że operacja jest tak blisko, a jednocześnie tak daleko, łamała serce. Trwaliśmy jednak dalej, bo wiedzieliśmy, że nie jesteśmy sami.
I wreszcie nadszedł ten dzień. 29 października Adusia przeszła operację serca. Zabieg trwał 11 godzin i był ogromnym wyzwaniem – wymieniono zastawkę płucną, poszerzono tętnice płucne, naprawiono zastawkę aortalną, uszczelniono jeden z ubytków oraz założono stymulator serca. Operację przeprowadził zespół pod kierownictwem dr Franka Hanleya. Każda minuta była walką o życie naszej córeczki, a my przeżywaliśmy jedne z najtrudniejszych godzin w naszym życiu. Dziś możemy powiedzieć, że udało się i ten najważniejszy krok jest już za nami.

Stymulator ma pomóc pracy lewej komory po zawale. Musi na razie pozostać z nami. Bateria jest ustawiona na 8 lat. Po operacji lekarze nazwali Adę cudem kardiochirurgicznym. Była dla nich nowym doświadczeniem i ich zaskoczyła.
Ta historia, choć pełna strachu, łez i długiego oczekiwania, ma szczęśliwe zakończenie. I nie byłoby go bez Was. To dzięki Darczyńcom, ludziom o wielkich sercach, Ada mogła znaleźć się w miejscu, gdzie otrzymała najlepszą możliwą opiekę i szansę na życie. Z całego serca dziękujemy za wsparcie, wiarę i obecność na każdym etapie tej drogi. Walka była długa i trudna, ale wygraliśmy ją razem.
Teraz obserwujemy, jak operacja wpłynie na stan zdrowia naszej córeczki. Wszystko wymaga czasu i regeneracji. Jest lepiej niż przed operacją, ale to jeszcze nie jest ten efekt. Lekarze wdrożyli leki i czekamy na poprawę. Czekają nas kontrole u lekarzy: pediatry, kardiologa, laryngologa, logopedy, pulmonologa oraz rehabilitacja ruchowa.
Mamy wrócić na cewnikowanie serca. Specjaliści mówili również o możliwości usunięcia tracheostomii. Jeśli choć jedna fałda krtani się odbuduje, to ją usuną, a jeśli nie - to można zrobić przeszczep nerwów.
Najważnejsze, że Ada jest aktywna, pełna energii, cały czas w ruchu. Czuje, że wróciła do Polski, do domu...
NASZA HISTORIA - POCZĄTEK
O tym, że nasza córka urodzi się ciężko chora, dowiedzieliśmy się jeszcze gdy nosiłam ją pod moim sercem. Mina lekarza, który przeprowadzał trzecie badanie prenatalne mówiła wszystko: z serduszkiem Ady jest źle. Od tamtego dnia szczęście przerodziło się w strach o życie naszego dziecka, ale mieliśmy nadzieję, że przypuszczenia lekarza się nie sprawdzą. Niestety! Kolejne wizyty u specjalistów potwierdziły najgorszy scenariusz. Ada urodzi się z bardzo ciężką wadą serca. Zaczęliśmy zadawać sobie pytania, dlaczego to nasze dziecko, przecież nic na to nie wskazywało.

Gdy Ada przyszła na świat mogłam ją tylko pocałować i od razu zabrano ją na oddział neonatologii, gdzie przez tydzień leżała w inkubatorze, a do jej maleńkich żył podawano lek utrzymujący ją przy życiu. Widok bezbronnego maleństwa łamał moje serce. A to, że mogłam być z nią tylko godzinę dziennie potęgowało moją bezsilność.

W 13. dniu swojego życia córeczka została poddana operacji serduszka, po czym leżała cztery dni na intensywnej terapii. Wszystko szło dobrze, jednak po przeniesieniu Ady na kardiochirurgię zaczęły pojawiać się częste wymioty, które oddalały nasze wyjście do domu.
Kiedy w końcu wyszłyśmy do domu nasza radość nie trwała długo, ponieważ Adrianna cały czas wymiotowała, słabo przybierała na wadze i często jej skóra stawała się sina. By zapobiec jej cierpieniu jeździliśmy po wielu specjalistach, jednak żaden nie dał nam jasnej odpowiedzi, dlaczego tak się dzieje.

Gdy Ada miała 9 miesięcy udaliśmy się na 3-dniową kontrolę do szpitala w Poznaniu, która przedłużyła się o 1,5 miesiąca ze względu na przebyte infekcje m.in. rotawirus, zapalenie ucha i gardła, zakażenie dróg moczowych i zapalenie jelit. Gdy stan zdrowia Ady się ustabilizował lekarze podjęli decyzję o wykonaniu całkowitej korekty serduszka. Operacja trwała 10 godzin, dla nas to była wieczność.

Nie mogliśmy sobie znaleźć miejsca, gdy lekarz poinformował nas, że Adrianna podczas operacji przeszła zawał mięśnia sercowego. Kolejne dni na intensywnej terapii były dla niej bardzo ciężkie, ponieważ występowała u niej wysoka gorączka, infekcje oporne na antybiotyki, a także doszło do dwukrotnego zatrzymania krążenia serca. Wtedy też doznała udaru mózgu i stwierdzono uszkodzenie płuca, po czym ponownie musiała być operowana. Żaden lekarz nie dawał jej szans na życie, wielokrotnie kazano nam się z nią żegnać, jednak Ada to czysta dusza wojownika i po czterech miesiącach trudnej walki mogliśmy z nią wrócić do domu.
Podlegaliśmy pod hospicjum domowe Gajusz…Wiedzieliśmy wtedy, że tylko systematyczna rehabilitacja postawi ją na nogi. I kiedy Ada robiła znaczące postępy doszło u niej kilkakrotnie do silnego krwotoku z rurki tracheostomijnej zagrażającemu życiu. Trafiliśmy wtedy do szpitala ICZMP w Łodzi.

Lekarze wprowadzili Adriannę w śpiączkę farmakologiczną. Stan Ady był bardzo ciężki, w dodatku dochodziło do zapalenia płuc. Niestety wtedy dowiedzieliśmy się, że córeczkę ratuje tylko przeszczep serca. Każda rozmowa z lekarzem mówiła jedno - proszę się z córeczką pożegnać, bo zgon u niej może być w każdej chwili…
Mimo wmawiania mi ciągle tych informacji, ja wiedziałam jedno, że ona da radę, a ja muszę być silna i nie pokazywać smutku w jej obecności. W końcu nastał ten dzień, gdzie lekarz przekazał wiadomość, że wychodzimy na respiratorze do domu i będziemy podlegać pod hospicjum domowe… Informacja ta była jakby ktoś wylał na mnie kubeł zimnej wody… Jednak po kilku godzinach podjęto decyzję o cewnikowaniu serca.

Od tamtej pory jesteśmy w domu. Jeździmy na kontrole do szpitala oraz do różnych specjalistów. Ada często jest na antybiotykoterapii. Stan zdrowia Ady uległ pogorszeniu, doszły zaburzenia rytmu serca.
Nasza córeczka powinna mieć ponownie operację serca, ponieważ jest coraz słabsze, w dodatku jest na bardzo silnych lekach kardiologicznych. Lekarz nas poinformował, że w każdej chwili może przestać bić. Niestety w Polsce nie chcą Ady już operować, dlatego szukaliśmy pomocy za granicą. Mamy zgodę z ośrodka z Stanford w USA, lecz nie posiadamy takiej sumy.

Podobno pieniądze szczęścia nie dają, ale dzięki nim możemy pomóc naszej Adzie. Nigdy nie sądziliśmy, że będziemy prosić o pomoc, która jest określona w milionach złotych. Nie mamy wyjścia, ponieważ sami nigdy nie uzbieramy takiej kwoty.
Każda złotówka przybliży nasze dziecko do powrotu do zdrowia.





